Czy w chłodne przedświąteczne wieczory trzeba koniecznie umilać sobie czas jakimś ciemnym piwem typu RiS lub porter? No nie. Z takiego założenia wyszli właściciele Browaru Jana i swoją podwójną pszenicę nazwali... Rudolf. A może nie chodziło im o czerwononosego renifera? Któż to wie.
Akurat tak się stało, że na ostatnich Poznańskich Targach Piwnych ta właśnie pszenica wygrała srebrny medal w swojej kategorii w konkursie Kraft Roku. Oczywiście nie obyło się bez głosów sprzeciwu, podobno miała ona być mocno alkoholowa. Czy to prawda? Sprawdźmy.
Akurat tak się stało, że na ostatnich Poznańskich Targach Piwnych ta właśnie pszenica wygrała srebrny medal w swojej kategorii w konkursie Kraft Roku. Oczywiście nie obyło się bez głosów sprzeciwu, podobno miała ona być mocno alkoholowa. Czy to prawda? Sprawdźmy.
Kapsel firmowy zawsze na propsie. Osobiście wywaliłbym napis na spodzie, bo lekko psuje wygląd. Co do etykiety nie ma co się rozpisywać. Ładny i prosty layout z pełną metryczką i wyróżniającym się kolorem tła w zależności od piwa. W dodatku na porządnym papierze. Piwo nalało się z wysoką czapą białej piany z pojedynczymi większymi bąblami. Piana dość szybko opadła do wysokości powiedzmy jednego palca, ale już taka pozostała do końca picia. Sam kolor piwa oceniłbym na jasny bursztyn, taki trochę bardziej koźlakowy niż pszeniczny jeżeli mam być szczery.
Ohoho, nie wiem na ile to zasługa Spiegelauowego szkła, ale aromat bucha z tego jak opętany. Banany i przyprawy (goździki oczywiście) intensywne jak cholera, ale też zbalansowane prawidłowo. Do tego pszenica, taka z zacięciem chlebowym i bardzo, ale to bardzo delikatne drożdże. Alkoholu w ogóle nie czuć. Po lekkim ogrzaniu wychodzi też odrobina gumy balonowej. No ładnie ładnie.
O tak, od razu czuć to jakże mocno wypchane, zbożowe ciało. Rudolf jest bardzo gęstym piwem, jak na podwójną pszenice przystało z resztą. Wysycenie mi się jednak nie zgadza, jest średnie. Na moje oko trochę za niskie jak na ten styl. Smakowo wszystko jest jednak na swoim miejscu. Znowu banan, goździki i delikatna guma balonowa. Jako wypełnienie słodowe: chlebek, który wydaje się być intensywniejszy niż w aromacie. Goryczka bardzo niska, ledwo co zaznacza swoją obecność. Taka jednak ma być. Nawet finisz wydaje się być wyjęty z notatek PSPD. Bardziej wytrawny od reszty, lekko cierpkawy i głównie chlebowo-przyprawowy. Alkohol znów bardzo dobrze ukryty, trzeba pić je w temperaturze pokojowej aby jakiekolwiek jego ślady wyczuć. Momentami miałem skojarzenia z weizenbockiem, ale jeżeli chodzi o mnie to akurat plus. Podsumowując: nie ma się czego czepiać. Ameryki nikt tym stylem nie odkryje. Imperialna pszenica ma być po prostu doładowaną wersją swojej słabszej siostry i Rudolf z Browaru Jana właśnie taki jest.
----------
Styl: Imperial Weizen
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 18,5% Blg.
IBU: 18
Skład: słód (pszeniczny, pilzneński, monachijski), chmiel Hallertauer Tradition, drożdże WB-06
Do spożycia: 23.01.2017
Kurde dawno nie było wpisu z cyklu "Powroty"... ostatni pojawił się na blogu jakoś rok temu (minus jeden tydzień). Brak czasu i chęci na opisywanie tego samego piwa, to główni winowajcy niestety. Trzeba to zmienić... akuratnie nabrałem ochoty na koźlaka, a w sklepie mieli jednego z lepszych jakie piłem wprost z browaru Kormoran. Przypadek? Nie sądzę.
Nawiązując do mojego ostatniego monologu w temacie leżakowania piw postanowiłem dzisiaj mieć tę całą otoczkę świętości i konieczności dojrzewania grubaśnych piw głęboko... w dupie. Szukam nowego cyklu do poczytania przy kominku i dzięki Waszym komentarzom na facebooku postanowiłem dać szansę Archiwum Burzowego Światła.
Co by się wbić w dobry humor i prawidłowo wgryźć w historię książki musiałem nalać sobie do szkła coś... lepszego. Onyks wydawał mi się idealnym wyborem. W dodatku RiSy można pić godzinami, co idealnie pasuje do zaistniałej sytuacji.
Nie ma co się oszukiwać, jest coś pięknego w tych specyficznych buteleczkach. Etykieta też pasuje. Prosta, z logo i nazwą piwa. Według mnie ten minimalizm nadaje pewnego rodzaju prestiżu całości. Piwo nalewa się praktycznie bez piany. Ten brunatny kożuch, który widzicie poniżej to jedyna rzecz jaką mi się udało utworzyć przy dość agresywnym nalewaniu. Samo piwo ma kolor brunatny i dzięki odstaniu było tylko delikatnie zmętnione.
Niespecjalnie przejmowałem się tym, że piwojadowy RiS trochę przeleżał w szkle zanim się za niego zabrałem. Byłem zajęty czytaniem Waszych komentarzy i tłumaczyłem sobie, że musi trochę pooddychać, jak wino. Nie zmienia to faktu, że aromat pozostał wyraźny jak ból kolana po mojej ostatniej glebie na rowerze. Pierwsze skrzypce grają ziarna kakaowca, aż się sucho w nosie robi w pewnym sensie. Do tego stonowana paloność i wyraźna, ale nienalegająca wanilia. Kawa zbożowa też się znajdzie w tle. Po dłuższym poznaniu zacząłem mieć też skojarzenia z pewnego rodzaju waflem kukurydzianym, takim świeżym i kruchym. Pachnie to pięknie, bez dwóch zdań.
Już po pierwszym łyku uśmiech zaczął mi powoli schodzić z twarzy. Pomyślałem sobie od razu: "cholera, mogłem go zostawić na leżak...". Od początku jednak: Onyks jest dość oleisty, ale paradoksalnie wydaje mi się, że brakuje mu trochę ciałka jak na ten styl (dziwne nie?). Wysycenie jest dość niskie i tutaj nie ma się do czego przyczepić akurat. Całość trochę się spłaszczyła i na pierwszym planie czuć jest bardzo wyraźną czekoladę (dość słodką w dodatku), wanilię i odrobinę kawy zbożowej gdzieś na dopełnienie. Niby okej, ale to wszystko przykrywa co chwilę alkohol. Może nie odpychający, ale uciążliwy czasami (tutaj wchodzi aspekt leżakowania). Goryczka średnia, czasami ledwo daję radę zaznaczyć swoją obecność. Palona, dzięki czemu ładnie przechodzimy do finiszu, który o wiele bardziej przypomina aromat. Kakaowiec, kawa, paloność i lekka nuta wanilii. Nawet alkohol się pod koniec uspokoił. Chaotyczny początek z bardzo przyjemnym zakończeniem. Leżak na pewno by to wszystko uporządkował. Mimo tego piwo bardzo mi posmakowało. Piwojad ma jak narazie u mnie plusika.
----------
Styl: Chocolate Vanilla Imperial Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczne, orkiszowe), ziarna kakaowca, płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel, wanilia, drożdże.
Do spożycia: 26.06.2017
Gdy wszyscy bawią się na Warszawskim Festiwalu Piwa ja, po drugiej stronie Polski, muszę sobie szukać innej rozrywki. Różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. Może otworzyć jakiś zakorkowany porter z piwnicy? Nie, no gdzie tak bez okazji. A może coś uwarzyć w końcu? Kurde już późno jest... mało czasu zostało a po nocy z garami chodzić nie będę.
I nagle bang, myśl przednia. Może mały fetysz? Komesów nowych w moim mieście nie uświadczysz, ale dziwactwa z najtańszej półki browaru Fortuna już tak. Nie wiem czemu sobie to robię... To już nie jest coś w rodzaju "a może jednak będzie w miarę dobre?" tylko "na 90% wyleję to do zlewu".
Etykieta fortunowa, nie ma co się rozpisywać nawet. Nic ciekawego, move along. Trochę mi się śmiać zachciało jak zobaczyłem napis "edycja specjalna", ale ową specjalność sobie zaraz ocenimy. Piwo nalewa się z syczącą pianą ala Coca-Cola i w takim samym tempie znika ze szkła. Kolor samego piwa wyglądał mi na przyciemniony brunatny, klarowne.
To chyba będzie najkrócej opisana degustacja na tym blogu... Jeżeli chodzi o aromat to równie dobrze moglibyście kupić sobie Cole z Biedronki (cena do ilości lepsza) i ją powąchać. Są tacy co uważają, że da się w tym też wyczuć jakiś imbir. Mi się wydaje, że zamiast się nad tym zastanawiać lepiej byłoby tym odrdzewić parę śrub z garażu... Ale chwila, po dość mocnym ogrzaniu wychodzi coś jeszcze... Może to ten imbir? Jeśli tak to jakiś taki mocno sztuczny.
W smaku to jest dopiero... dziwactwo. Oczywiście podstawą znowu Cola z Biedry. Nawet nagazowanie się zgadza, bo jest cholernie wysokie. W dodatku jest dość wodniste, prawie w ogóle nie czuć ciała. Do wcześniej wymienionej Coli możemy dodać odrobinę spalenizny (takiej zeskrobanej z patelni) i ten nieszczęsny, sztuczny imbir. Słodkie to jak cholera i bez goryczki jakiejkolwiek. Na finiszu oprócz narastającej słodyczy możemy dodać jeszcze lekki rozpuszczalnik i kwasek, ale nie taki przyjemny (w sensie stoutowy, słodowy) a bardziej sztuczny. Boże... ku... za co? Kto o zdrowych zmysłach mógł tego stwora nazwać stoutem?
----------
Styl: Imbir Stout
Alk: 6,1% Obj.
Ekstrakt: 14,3% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody (pilzneński,palony), cukier, zagęszczony sok owocowy 1,3% (cytrynowy, gruszkowy), ekstrakt jęczmienny słodowy, naturalny aromat imbiru, chmiel goryczkowy, drożdże.
Do spożycia: 18.12.2016












