Śledź mnie na:
alicexz.tumblr.com
Znowu jedziemy z podwójnym wydaniem Brodacza Miesięcznego. Trochę spraw się zebrało więc lecim z nimi od razu bez zbędnych ceregieli. Lekkie spoilery w temacie serialu Gry o Tron ale raczej udało mi się ukryć je jak trzeba... mimo tego ostrzegam!

Trzecie picie (leżakowany):

Z wielką nadzieją oczekiwałem dnia, w którym w końcu będę mógł otworzyć komesowego portera bałtyckiego. W końcu złoty medal European Beer Star zobowiązuje a wersja świeża nie za bardzo pod miejsce na podium mi pasowała. Okazje do wypicia są dwie, kupiłem jakiś czas temu komesowego portera w edycji limitowanej (z korkiem) więc to on teraz leżakuje w piwnicy. Drugim bodźcem jest pogoda, chłodno się zrobiło ostatnio a jak wszyscy piwosze wiedzą na rozgrzanie najlepsze czarne złoto

No i po prezydenckiej szopce. Jedni twierdzą, że dokonali ważnego wyboru w drugiej turze a inni (w tym ja), że takowego wyboru nie było. Nie lubię PiSu (PO po tych latach opierdzielania się też z resztą) ale jak słyszę, że teraz młodzi będą uciekać z kraju bo Kaczyński i Macierewicz wyjdą z ukrycia to mnie aż krew zalewa. A wcześniej to nie wyjeżdżali przez np. rosnące podatki? Wszyscy sobie musimy uświadomić także, że prawdziwe wybory dopiero jesienią i to wtedy nasz głos będzie miał prawdziwe znaczenie.

Czemu ja o tym? Ano tak mi się skojarzyło przy okazji dzisiejszego gościa na blogu. Fine Tuned Brewery to browar kontraktowy Pawła Kubinskiego, nazywany pierwszym polskim browarem na wyspach. Nie żebym coś sugerował, z tego co czytałem owy naczelny piwowar już tam mieszka ładnych parę lat więc POPiS go do emigracji nie zmusił. Piwo zakupiłem przy okazji ostatniego WFDP, podobno ma trafić (lub już trafiło) do sklepów w całej Polsce.


Etykieta jest... dziwna. Z jednej strony mamy całkiem fajne logo nawiązujące do nazwy browaru i polskich korzeni. Z drugiej jednak mamy nazwę piwa zrobioną w cliparcie z Worda 97. Gryzie się to ze sobą jak cholera. W musztardówce piwo też wygląda średniawo. Jest przyjemny dla oka kolor, prawie że nieprzejrzysta czerń (jakieś rubinowe refleksy pojawiają się przy nóżce) ale za to piana marna i bez chęci utrzymania się chodź chwilę dłużej.


Z początku nic nie wskazywało na to, że jest to coś innego niżeli zwykły stout. Dopiero gdy człowiek przeczytał skład zaczął się zastanawiać nad tym, czego może się spodziewać. Mamy żyto (co prawda wymienione jako ostatnie) i już zaczęło mi się wydawać, że rzeczywiście pod kątem 37,5 stopni przy odpowiednim oświetleniu naturalnym piwo dostało lekkiego odcieniu brązu. Mamy amerykańskie chmiele (Chinook, Cascade, Citra) wraz z angielskimi... coś mi tu śmierdzi american stoutem i nie bardzo mi się to podoba. Zacząłem więc wąchać co by się szybko przekonać o słuszności swoich obaw. Po amerykańskim chmielu ani śladu, jest trochę gorzkiej czekolady, dość wyraźna paloność w stylu dogasającego ogniska i niestety lekka nuta rozpuszczalnikowa. Nie można owego aromatu zaliczyć do intensywnych więc nie ma się co nad nim pastwić. W smaku jest... o wiele lepiej. Od razu daje o sobie znać bardzo fajna konsystencja, jest takie aksamitne i lepkie zarazem (możliwe, że przez żyto). Niskie wysycenie i idealna treściwość tylko wspomaga owe odczucie. Całość dość wytrawna, wyraźna gorzka czekolada wspomagana palonymi ziarnami kawy i ogólnym spopieleniem. Z tej całej bandy chmieli tylko na początku da się wyczuć delikatniusią nutę cytrusów. Są one tak słabe, że nawet mi, pewnego rodzaju puryście stoutowemu nie przeszkadzają. Goryczka też bardzo delikatna, żywiczna. Finisz spokojny, kawowy, nic nie zalega ani nie uprzykrza życia. Ktoś kogoś okłamał jeżeli chodzi o te 60 IBU ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Właśnie na takiego wytrawnego, ze spopieloną czekoladą stouta miałem ochotę (po tych wszystkich ostatnich cytrusach-fajfusach i ipach-sripach).


Powoli przechodzi mi wielki hejt na pewną sieć hipermarketów. Ileż w końcu można się gniewać na ludzką niekompetencję? Będąc ostatnio na zakupach (w sumie to tylko po nerkowce byłem) zauważyłem, że osławiona już lodóweczka z kraftem została zaktualizowana. Oprócz stałych bywalców takich jak Pinta czy Gościszewo pojawił się nowy browar, i to taki, którego się w ogóle nie spodziewałem.

Z browarem Krafwerk spotkałem się już raz, na grillu. Ich Rogaty, czyli chocolate chili milk stout bardzo mi wtedy podszedł i żałowałem trochę, że byłem zbyt leniwy aby zrobić zdjęcia i zapisać jakiekolwiek notatki. Przyznam się, że wolałbym coś pokroju stoutu ale z american pale ale też mogę zawalczyć (mimo ostatniego przepicia się amerykańskim chmielem). Podobno dzisiejsze piwo ma coś wspólnego z rapem czy tam innym hip-hopem ale przyznam się szczerze, że nie jest to mój... ulubiony styl muzyczny więc nie będę sobie tym faktem zaprzątał głowy.


Za cholerę nie mogłem się domyśleć co ma oznaczać ta etykieta. Dopiero po wymuszeniu na sobie chęci wyszukania w internetach kim (lub czym) jest Pokahontaz wszystko stało się dla mnie jasne. Całość etykiety to po prostu okładka najnowszego albumu tej hip-hopowej grupy. Niby ładnie to wygląda, trochę przypomina płytę winylową. Jakoś tak jednak... nie mogę się zdecydować na ocenę dlatego zostawiam ją Wam. Piwo w szkle wygląda jak bursztyn, na zdjęciach dość mętne ale miałem okazję wypić także sztukę odstaną i było o wiele klarowniejsze (ale nadal opalizujące). Piana za bardzo żyć nie chcę, super wysoka nie jest a i szybko opada. Resztki na ściankach także zostawia znikome.


Aromat cholernie intensywny, przesadziłem z tak mocnym niuchem. Uderzenie ala gołoten machen tyle że prosto w twarz. Jest tu wszystko: cytrusy z pomarańczą na czele (tyle że nie za słodką), tropiki i bodajże mango, spora dawka gumy balonowej i na samym końcu, odrobina żywicy. Jest też, o dziwo, zupełnie niezrozumiały zapaszek alkoholowy, który ni za cholerę nie pomaga. W smaku od samego początku mocny nacisk na amerykańskie chmiele, głównie ich cytrusowe nuty. Wytrawne pełną gębą. Głównym graczem jest tutaj grapefruit, który przeistacza się w nabitą testosteronem (jak na ten styl) goryczkę. Ta niepotrzebnie zalega i wraz z lekko rozpuszczalnikowym finiszem nie tworzy zbyt przyjemnych doznań smakowych. Brak jakiejkolwiek słodowości, która by chociaż udawała kontrę dla tych cytrusów też nie pomaga. Wysycenie niskie, podpasowało mi. Piwo dość treściwe jak na ten ekstrakt i brak wyczuwalnych słodów. Jak dla mnie jest to dość nieudana, chaotyczna APA z wadami... niestety. Zmęczyłem do końca ale na pewno po nie nie wrócę.


Jak pewnie wiecie dopiero co premierę swoją miała najnowsza cześć Wiedźmina od polskiego studia CD Projekt. Jako nałogowy gracz (to już drugi mój problem zaraz przy alkoholowym) nie mogłem sobie odpuścić tak zacnego kąska. Każdy, kto grał w poprzednie części wie, że nie jest to kolejny CoD czy tam inne pustkowie fabularne tylko historia pełna intryg, polityki i co najważniejsze, nie dzieli świata na czerń i biel.

Wchodząc kolejny raz do piwnicy stanąłem znowu przed wielkim wyzwaniem jakim jest wybór piwa do wypicia. To właśnie przez najnowszego Wiedźka wybrałem najnowszy wypust panów z browaru Kingpin. Dlaczego? Po pierwsze nie zapomniałem jeszcze, że podczas pub crawlingu we Wrocławiu to właśnie Mandarin był jednym z nielicznych piw, które mi smakowało. Po drugie…


... nie mówcie mi że świnia z etykiety chociaż trochę Wam owego Geralta z Rivii nie przypomina?! Tak wiem, że jest stylizowana na azjatycką odmianę chodzącego jeszcze bekonu ale ja wiem swoje. Piwo ma kolor złotawy, wchodzący w zachodzące słońce (jedna z pierwszych scen w nowym Wiedźminie). Dość mętne, za bardzo jak na AIPA. Wybaczam jednak bo łatwo nie miało w plecaku podczas podróży na działkę. Piana rośnie wysoka, bielutka i nawet dość zbita. Niestety szybko zaczyna opadać zostawiając na szczęście dość ładny lacing.


Kupując Mandarina nie zwróciłem uwagi na to, co tym razem chłopaki z Kingpina wrzucili do kotła. Dopiero w domu przeczytałem, że dodali jakiegoś zielska. Sencha to rodzaj japońskiej zielonej herbaty, która jeżeli wierzyć opisom jest mocniejsza niż znane nam liptony/sagi. Aromat to intensywność w czystej formie. Cytrusy, owoce tropikalne; grapefruit, mango, mandarynki. Głównie słodkawe zapaszki momentami kontrowane przez gorzkawy aromat liści herbaty. Osobiście skojarzył mi się bardziej z typową, ciemną angielską herbatą a nie zieloną (ale co ja się tam znam, w końcu nałogowo piję tylko kawę... i piwo). Gra ona jednak rolę drugoplanową i słodkawe owoce wygrywają dość łatwo każde starcie (każdy niuch). W smaku wydaje się z początku podobne, jest jednak większy nacisk na wytrawność, szczególnie przy finiszu. Początek to znane nam cytrusy i tropiki, z przewagą tych drugich. Przeistaczają się one w trawiasto-ziołowy posmaczek, który rośnie w siłę aż przemienia się w intensywną (ale nie zabójczą) goryczkę. Ta ma dość intrygujący profil, z początku wydawało mi się, że żywiczny. Ostatecznie jednak stawiam na mocno ziołowy charakter herbaciany. Owa liściasta Sencha utrzymuje się do końca lekko zalegając. Gorzka herbata bez cukru, ze świeżych liści jak nic. Wysycenie średnie, treściwość na dobrym poziomie, nie zapycha i nie męczy. Dość dobrze orzeźwia i bardzo szybko znika ze szkła. Przyjemna i wyróżniająca się wytrawność to chyba główny atut tego piwa. Trzeba jednak uważać, woltaż do najniższych nie należy. Idealnie zastąpiło mi herbatę w ten pięknie zachmurzony, majowy wieczór.


Często zamawiam piwa przez internet. Jest to łatwy i przyjemny sposób zakupienia dobrych piw w miejscach, gdzie religia Ducha Kraftu jeszcze nie dotarła. Oczywiście, płacimy dodatkowo za przesyłkę ale dla mnie jest to połowa kosztów jakie musiałbym wydać na paliwo jadąc do najbliższego sklepu z lepszym piwem. Za każdym razem, gdy robiłem zamówienie intrygowała mnie informacja o najczęściej zamawianych piwach. W jednym ze sklepów na pierwszym miejscu cały czas utrzymywało się piwo bez lepku.

Szczerze to nie sądziłem, że mamy tylu bezglutenowców w kraju. Z tego co mi jest wiadomo żaden z naszych browarów nie produkuje tego trunku więc pozostaje takim osobom tylko importowane piwo, głównie z Czech. Zawartość glutenu w tytułowym leżaku to mniej niż 5 ppm/100 ml co według ludzi obytych w temacie jest bardzo dobrym wynikiem. 


Wygląd piwa niczym nie zaskakuje. Jest idealnie klarowne, kolor czystego złota. Piana jak w większości eurolagerów szybko opada ale przynajmniej zostawia po sobie ładny kożuszek. O jakiejkolwiek koronce zapomnijcie. Etykieta... jest prosta ale wyróżnia się na półce białym tłem i dość dużą, także białą krawatką. Człowiek sobie myśli: "O właśnie, bezglutenowe, czyste piwo jak ta etykieta". Ma to jakiś sens.


Nie ma co się oszukiwać, że doznania smakowe wbiją nas w ziemię. To jest zwykły, lekki lager i nawet producent tego nie ukrywa. Czesi chcą się po prostu podzielić czystym, lagerowym smakiem z ludźmi, którzy wcześniej omijali nasz ulubiony trunek szerokim łukiem. Czy im wyszło? Powiedzmy, że tak ale po czesku. Od początku jednak, aromat. Typowo czeski, słodowy z maślanym zacięciem. Mi to nie przeszkadza bo uwielbiałem kiedyś piwa od naszych sąsiadów. Jak się dobrze wczuć to nawet da się wywąchać chmielową, ziołową nutę. Całość na średnim poziomie intensywności. Plusem też jest fakt, że aromat nie jest tak słodkawy jak w większości eurolagerów. W smaku znowu typowy, czeski lager (i tak lepszy od naszych koncerniaków). Jest słodowo, wyróżniają się lekkie biszkopty z tak samo lekkim masełkiem. Dość słodkie, coś jak nektar kwiatowy. Minimalna, ziołowa goryczka subtelnie prowadzi pijącego do lekko ziemistego finiszu. Nagazowanie średnie, treściwość też. Lager jest nudny, nie ma co się oszukiwać. Jeżeli jednak jesteś bezglutenowcem i nie możesz czerpać z kraftowej rewolucji mogę spokojnie polecić Ci Celię. Wbija się idealnie w styl czeskiego lagera i na pewno zasmakuje Ci bardziej niż nasze koncerniaki. Jest nawet lepsza od niektórych, zwykłych, pełnych złego glutenu czeskich lagerów.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com