Śledź mnie na:

Drugie picie:

Nadrabiamy zaległości, kolejny powrót do piwa, którego opis chętnie bym wyrzucił. Trzeba być jednak konsekwentnym i zostawić to coś co koło nawet najmniejszej degustacji nie stało. I przyznam się szczerze, wtedy myślałem że te ledwo trzy zdania to dużo...

Wchodząc więc do kolejnej kopii Żabki w moim mieście popatrzałem (jak w każdym sklepie) na półkę z piwami. Tam zaświeciła mi się przed oczami, jak objawienie <tutaj wpisz swoją religię> butelka starego przyjaciela z Litwy. Wspomnienia o naszym ostatnim spotkaniu mam dość mgliste, jak jego konsystencja.


Pierwsze co się rzuca w oczy to zmiana etykiet, z resztą porównajcie sami. Dodano też informacje w naszym ojczystym języku. Samo piwo wygląda... inaczej. Piana nie trzyma się tak dobrze, dalej jest dość zbita ale nie pozostawia po sobie nic. Kolor też jakiś inny, bardziej mi to przypomina lekko mętna IPA niżeli masło orzechowe, które piłem na wakacje. Oj czyżby popsuli mi mojego przyjaciela bo... export do Polski?


Wącham i co? Ano nakarmili mojego przyjaciela masłem, tak co by tłuściutki pojechał do swojego polskiego bratanka. Coś tam słody walczą ale tak jak nasz rząd (w sprawach prześladowań Polaków na Litwie) są ogarnięte wielką niemocą i kapitulują. Czas nadszedł na bliższe spotkanie, przytulam więc koleszkę i... woda, ale dziwna. Konsystencja jest o wiele bardziej wodnista niż wcześniej ale nadal dość gęsta (porównując do zwykłych piw). Nie jest to po prostu ta gęsta gąbka, którą pokochałem. Smaczki też ubogie, o orzechach można zapomnieć. Wszystko co wyczuwam to cierpka herbata, taka z kwaskiem, którego używam do czyszczenia czajnika z kamienia. Roztaję się więc z tym Panem, już nie jest moim kumplem, koleszką, bratankiem. Smutno mi.

Oryginał: 06.08.2013:


Chyba najbardziej mętne piwo jakie piłem w życiu. Na etykiecie “niepasteryzowane, niefiltrowane, żywe" czyli dosłownie tętni życiem. Długo nie wiedziałem co za smak czuje oprócz bardzo fajnej goryczki. Z pomocą przyszedł internet, orzechy. Litwo! Ojczyzno moja! 


Cały ten szał...piw jakoś mnie ominął. Będąc na Festiwalu Dobrego Piwa rok temu nie widziałem tego browaru kontraktowego na żadnym stoisku, może byłem bardziej zajęty lambicami... Podobno mieli tam swoistą premierę. No cóż, trzeba jakoś nadrobić zaległości. Zacznijmy od dziołchy wprost z pyrlandii.

Nie wiem czemu ale zdziwiła mnie informacja na etykiecie ażeby nie wstrząsać piwem i lać je powoli. Syf należy zostawić na dnie butelki. Wiadomo, zależy od stylu ale inne browary zapominają o takiej informacji. To takie... domowe, sam taką notatkę wkleiłem na etykietę domowego stout'a. Plus dla panów z Szałpiw. 


Chwytam więc za nonic'a i leję powoli, co by nie wzburzyć tego złowieszczego syfu z dna piekła. Tutaj kolejne zdziwienie, piwo wydaje bardzo swoisty dźwięk podczas nalewania... albo to ja już sobie coś ubzdurałem. Taki donośny się wydaje. Sam trunek wygląda całkiem zacnie, mimo tego, że średnio mi wyszło nalewanie i klarowności nie uświadczyłem. Piękny bursztyn ze słabą pianą niestety. Dość szybko zaczynała pękać, wręcz umierać. Dawno nie widziałem tak dużych kraterów, z każdym ich wybuchem piwo wydawało się krzyczeć "kill me" ... a może jednak "drink me"


Aromat ni to mocny ni to słaby. Wyczuwalny ale bez szału. Pierwsze co dochodzi do nozdrzy to słody, pełne, bardzo fajne muszę przyznać. Następny jest alkohol, delikatny, specyficzny, bądź co bądź przyjemny. Jest też coś jeszcze... hmm, kruszonka! Posypka do ciasta drożdżowego, którą za młodu wyjadaliśmy z kuzynami u babci na wakacjach. Haha, jest miło. Lejem te wspomnienia z dzieciństwa do ust. Hmm już nie jest tak słodko, pełno słodów z posmaczkiem drożdżowym. Jakby się uprzeć to są też lekkie owoce, głównie brzoskwinia. Goryczka dość niska ale za to wraz z nią przybywa lekki i przyjemny posmak pieprzowy. Całość wydaje się dość pełna ale jakoś nie czuć tego po wypiciu. Dopiero przy pustej szklanicy przeczytałem w internetach, że słodowości w tym powinno być niewiele... eee tam. 


Każdy ma jakieś miłe wspomnienia z dawnych lat. Dla wielu takim wspomnieniem jest piwo EB, produkowane głównie w browarze w Elblągu. Najlepiej sprzedający się lager lat 90 znikł w 2003 z naszych półek. Osobiście nie czuje jakiegoś specjalnego sentymentu do EBka, bardziej pamiętam 10,5. Nie można im jednak odmówić dobrych, jak na tamte lata reklam.

Do niedawna nie wiedziałem nawet, że jest ono dalej produkowane. Dopiero znajomy, który systematycznie przywozi sobie z Niemiec 2 zgrzewki, uświadomił mi, że produkcja tego piwa tak naprawdę się nie zatrzymała. Jest ono eksportowane między innymi do Niemiec, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Rosji. Warzone przez Grupę Żywiec w tym samym browarze co dawniej.


Etykieta aż bucha od słów premium, quality, original, rich etc. Trzeba im jednak przyznać, że wszystko się ładnie prezentuje, pomimo dość prostej etykiety. W sumie to nawet można powiedzieć, że bije taką polskością eksportową. Gorzej już jest z samym wyglądem piwa. Jest dość wyblakłe a piana trzyma się nader krótko i pozostawia kożuszek w kształcie półksiężyca. No ale czego oczekiwać od typowego eurolagera.


Piany już nie ma więc spokojnie wciągamy aromaty... słodowo, dość słodko. Nie ma jednak o dziwo tego dziwnego zapaszku, niby mokrej szmaty, którego spotkać można w prawie każdym innym koncerniaku w Polsce. Chwytam więc mocno kufel i zaczynam pić jak Reno z reklamy, niestety mojego wąsa żadna piana nie oblepi. Dwa łyki i jedno wiem na pewno, średnia słodowość zakrapiana jest dość sporą ilością słodyczy, nawet jak na eurolager. Nie ma tu jednak nic co by mogło zaskoczyć, taka o sobie woda ze słodem. W dodatku tak mocno nagazowana, że aż szczypie w język. Aaa i właśnie, gorycz... albo jej brak. W sumie to można ją wymusić płucząc sobie tym piwem usta. Wtedy jednak mogą nastąpić niewskazane następstwa... a może lepiej jednak tą stroną? Czytałem, że czasami można je u nas dostać, sprowadzone do kraju w cenie powiedzmy takiego Rowing Jacka. Ja na szczęście dostałem je w prezencie od znajomego z pracy, nie wyobrażam sobie kupna lagera odrobinkę lepszego od naszych (koncernowych) w takiej cenie. Nie będę oryginalny i napiszę jak Bartek: Czas na EB... już się skończył!


Po traumatycznych przeżyciach związanych ze stoutem z Ciechanowa postanowiłem jakoś uleczyć moją rozerwaną na strzępy duszę. Wyboru za dużego nie miałem, Guinness albo Sweet Cow. Patrząc na wąsatego pana z piegami stwierdziłem, że nie mogę mu odmówić. Do tego z głośników leci Freddie, no nie może być źle.

Pierwsze moje spotkanie z wąsatą krową było mega przyjemne. Mogę nawet śmiało napisać, że otworzyło mi do końca oczy na to, że życie jest zbyt krótkie aby pić cały czas Lecha z puszki. Najlepsze jednak były lamenty ludzi, którzy kpili że upijam się kawą z mlekiem. Oj jak bardzo się mylili, wtedy jednak jeszcze nie miałem w sobie ani chęci ani czasu na jakiekolwiek polemiki o tym, że piwo to nie tylko eurolager. 


Czym jest więc ten różowy heros ze stajni AleBrowaru? Ano pięknie pachnącym milk stout'em. Lekko palony, kawowy. Niektórzy mówią, że pachnie wręcz jak kawa z mlekiem i dwoma łyżkami cukru. Dla mnie ten specyficzny zapaszek bardziej przypomina moment, gdy w dzieciństwie człowiek dostawał kubek dopiero co podgrzanego mleka, prosto z garnka... tyle, że z dodatkiem palonych ziaren kawy. Kolor zacny, wcale nie przypominający mleka. Czarna dziura, praktycznie bez refleksów. Piana też piękna, może nie utrzymuje się tak długo jak w puszkowym Guinnessie ale i tak czepia się wąsów przez dość długi okres.


Przechylam powoli szklanice. Taaak, to jest to. Ta aksamitność, wręcz puszystość. Nie da się dokładnie opisać konsystencji tego piwa. Niby wydaje się lepkie i lekkie jak dobrze rozbełtany kogel-mogel ale praktycznie nic nie pozostaje, nic nie zalega po wypiciu każdego łyku. Sam smak jest tak samo specyficzny jak aromat. Jest dość słodki trzeba przyznać ale w bardzo przyjemny sposób. Paloność kontruje słodycz na finiszu całkiem zacnie, choć mogłaby być odrobinę większa. Kawa też krząta się gdzieś po kątach. No i ten posmak mleka z kubka... albo jeszcze lepiej, spienionej części mleka (niby pianka, ale nie do końca), która zawsze unosiła się na powierzchni. Gdzieś na końcu czai się nawet goryczka, bardzo niska i lekko popiołowa. Ahh! Kocham i zawsze będę. Przy ostatnich wojenkach na blogach i browarach stwierdzam, że ludzie za mało piją takich, uspokajających piw.


Takie niespodzianki to ja lubię. Ostatni raz piłem ciechanowego stouta rok temu. Potem znikł nagle z półek sklepowych, chwilę później z ich strony... zacząłem się obawiać, że kompletnie usunęli go ze swojej oferty. Jak dobrze wiecie lubię browar w Ciechanowie. W sumie to nawet nie jestem pewien jak ich stout smakował, złe wspomnienia bym pamiętał raczej.

Ucieszyłem się więc gdy wraz z drugą (trzecią) warką Grand Prix, do zaprzyjaźnionego sklepu obok ratusza trafił mój ulubiony styl piwny. Może taka polityka Pana Jakubiaka, ciemnie piwa wypuszczać zimą. Osobiście nie mam nic przeciwko piciu stout'a latem. Cieszmy się jednak tym co mamy, jedna butelka wylądowała w piwnicy a druga... pssstryk!


Chwyciłem szklankę jak najbardziej odpowiednią, guinnessową i zacząłem lać. Leję, leję... i coś się piana nie tworzy. Pomagam jej trochę lejąc piwo praktycznie pionowo. Efekt macie na zdjęciu ale ostrzegam, utrzymuję się zaledwie parę sekund. Kożuszek niby jakiś zostaje i nawet ładnie oblepia szkło, jest jednak tak samo nietrwały i po wypiciu 1/3 piwa całkowicie znika. Jestem tylko trochę zawiedziony, wypiłem za dużo Ciechanów w swoim życiu żeby się martwić ich pianą (oj mają z nią problem, nie tylko w stoucie). Kolor jest jednak zacny, czarny jak węgiel, z leciuteńkimi refleksami (mocno wymuszonymi).


Wącham i... pustka. Podobną rzecz można zaobserwować w baku mojego Golfa pod koniec miesiąca. Nie no... co jest?! Dopiero przy ostrym zaciągnięciu nosem (i wessaniu chyba wszystkiego w promilu paru metrów) da się wyczuć lekką paloność. Niestety towarzyszy jej dziwny aromat chemii, coś jakby proszek do prania? Zdecydowanie nie takiego czegoś oczekiwałem... Z nadzieją przechylam szkło, może smak ocali ten twór. Gulp, gulp... dry stout? Niee... najbardziej wyczuwalna jest na pewno kawa. Gdzieś w alejce czają się też palone słody. Wszystko jest jednak jakieś takie mało wyraźne, może nie mocno wodniste (ale zawsze wodniste) ale za to... chore. Jakby mu brakowało sił, jakby dotknęła go jakaś wysysająca energię choroba. Nie powiem, piłem gorsze. Od Ciechana oczekuje jednak już jakiegoś standardu w jakości piwa. 


Większość ludzi zna moje zdanie co do browaru w Witnicy. Zbyt pozytywnie się o nim nie wypowiadam i dlatego lekko się zdziwiłem gdy usłyszałem nowinę, że ktoś chce tam warzyć kontraktowo swoje piwo. Jadąc wczoraj do Kapsla z zamiarem zakupu Grand Prix i Stout'a z Ciechanowa nie spodziewałem się nawet, że będzie można już kupić Birbanta. Pomyślałem sobie: co mi szkodzi? Przeca nie może być gorzej niż przy pierwszej warce Porteru Bałtyckiego.

Birbant to tak naprawdę dwóch jegomości: Jarek Sosnowski i Krzysiek Kula. Za samo wybranie browaru powinni dostać medal za odwagę (taki tam kolejny osobisty hejt). No ale my nie o Witnicy tylko o Brownie, którego etykietę wielbię ponad życie (oh ah ciekawe dlaczego?). Kapsel czarny, ale panowie dopiero zaczynają przecie. Dziś premiera więc ze spokojnie wyszedłem na ogród zabierając psa, który tak na marginesie ma bzika na punkcie śniegu. Powiedziałbym, że pogoda aż sprzyja chłodnym ocenom.


Niewzruszony chwytam za otwieracz i otwieram piwo. Zboczenie zmusza mnie do szybkiego niucha z butelki, ooo będzie fajnie. Tak w ogóle to powinienem przestać tak robić bo już nie raz mi wybuchło w nos prawie topiąc mnie w pianie. Nalewam szybko do pintowego szkła, piana jakaś się tam niby tworzy, dość drobna ale szybko opada. Pozostawia jednak kożuszek ochronny, jakby się bała, że trunek zmarznie czy coś. Kolor to coś pięknego, klarowny ciemny brąz, jak dla mnie miłość od pierwszego wejrzenia.


Wącham ze szkła, jest nawet lepiej niż z butelki. Mocny słodowy aromat, przyjemnie słodki, karmelowy. Oprócz tego dobra dawka chmielowości cytrusowej. Wącham i wącham, nawet nie przeszkadza mi to, że wąs mi zamarza. Pijemy! Jest słodowość, jest karmel, niby słodkie człowiek by pomyślał... BAM! Wchodzi gorycz. Zgadzam się w stu procentach co do 60 IBU dumnie napisanym na etykiecie. Niby stylowo powinna być mniejsza ale niech ręka boska broni panów z Birbantu. Taka ma być i basta. Po prostu wchodzi bez ceregieli pomiędzy słody i karmel i mówi: "Teraz moja kolej, won!" Piwo mocno pijalne, znika w zastraszającym tempie. Żałuję, że kupiłem tylko jedną butelkę. Aż łezka się kręci w oku, jednak z Witnicy może wyjść coś pysznego (oprócz Black Boss'a). Jako Lubuszanin wołam: Rodacy, łączmy się i idźmy do pubów na premierę!


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com