Wiecie co? Mam już trochę po dziurki w nosie tych wszystkich ipa-sripa, które już po pierwszym łyku zapychają człowieka do granic niemożliwości. Jak to jest, że jak ktoś uwarzy relatywnie nowy na rynku styl, to większość robi go potem na jedno kopyto? Przecież patrząc nawet na tabelki i opisy można łatwo wywnioskować, że jest pole do popisu i puszczenia wodzy fantazji.
Ale nie, lepiej robić zapychające w większości hazy IPA, które są tak naprawdę przykrywką dla DIPA ze średniej półki. Wzięło mnie na takie przemyślenia po tym, jak zobaczyłem metryczkę najnowszego piwa z Browaru Zamkowego w Cieszynie. Zamysł dobry, limonka z herbatą ma przypominać mrożoną herbatę. Idealne na lato myślę sobie. Patrzę na ekstrakt, ooo nie...
Etykieta po rebrandingu jaka jest każdy widzi. Mi osobiście średnio się podobają. Za dużo się dzieje, napaćkane jedno na drugim. Kapsel za to fajny, bez zbędnych napisów jak u większości. Piwo ma ładną, pomarańczową barwę i jest delikatnie zamglone. Piana bardzo wysoka o konsystencji takiej trochę bitej śmietany. Trzyma się też całkiem dobrze ścianki szkła.
Co tu dużo mówić, pachnie to typową, mrożoną herbatą Liptona. No może trochę bardziej naturalną. Jest herbata (a raczej susz herbaciany) i tona limonki. Ta ostatnia nabiera jeszcze większej intensywności z ogrzewaniem się piwa. Tak to chyba wygląda, jak ktoś używa świeżego soku. Całość świetnie gra ze sobą. W tle dodatkowo delikatna pszenica.
Cholera... gdzie te 16° Plato? Aż dziw mnie bierze, że przy aktualnej tendencji rynku (czyli hazy, które się pije jak RiSy, bo są takie ciężkie) browarowi udało się wypuścić tak zwiewną IPkę, i o takich parametrach. Wysycenie średnie, w sumie mogliby się pokusić o ciut wyższe. Dawno nie miałem też czegoś takiego, że piwo stawało się bardziej cytrusowe i... gdy robiło się cieplejsze. Smakowo więcej IPA niż w aromacie, co cieszy, bo mogło być jednowymiarowe. Jest limonka. Kwaskowata, ale nie tak natarczywie jak przy cytrynie czy też grapefruicie. Potem robi się słodowo i delikatnie słodkawo. To pewnie ten cały ksylitol, czyli cukier brzozowy. Fajnie to kontruje kwaskowatość limonki muszę przyznać. Podstawa bardziej angielska, nie wyczuwam żadnych nowofalowych chmieli. Mocno, ale to mocno w tle delikatna ziemistość. Goryczka stonowana, "nienachalna" jak to sami napisali na etykiecie. Wyższa mogłaby za bardzo konkurować z limonką według mnie. Na finiszu herbaciane taniny i limonka, dość umiarkowane. Alkohol niewyczuwalny. Dopiero pod koniec butelki czuć go w głowie. Bardzo fajnie wyważone piwo. Co najważniejsze, to to, że limonka nie zdominowała całości. No i ta zwiewność przy tych parametrach... myliłem się. Nie należy oceniać książki po okładce.
----------
Styl: Ice Tea IPA
Alk: 7,2%
Ekstrakt: 16° Plato
IBU: 50
Skład: słód (pilzneński, pale ale), płatki owsiane, sok NFC z limonki, ksylitol, herbata Earl Grey, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 21.03.2022
Tego się nie spodziewałem, a widziałem już parę dziwnych (i nie zawsze pozytywnych) rzeczy w światku piwnym. Marketing piwny w naszym kraju to istna loteria, od Ediego, po na przykład taką Pintę. Dlaczego ja o tym? A bo... dostałem ostatnio dość specyficzny pakunek. Relację video macie tutaj (Instastories).
Browar Bury jest jednym z tych browarów, które utrzymują się jeszcze jakoś w czasach pandemii. Dlaczego tak zacząłem? A bo jakoś mi się smutno zrobiło jak ostatnio wypiłem leżakowanego Alcatraz z Faktorii... Bury na szczęście jeszcze warzy, i to dość dobrze.
Robią nawet stout z tonką, którą uwielbiam, a z której większość craftu się śmieje nie wiadomo dlaczego... Dzisiaj jednak sprawdzimy sobie coś klasycznego. Porter średnich lotów i nie chodzi tutaj o jego jakość. 22% ekstraktu może się większości z Was wydawać na trochę mało, ale starzy, craftowi wyjadacze cieszą się po cichu.
Czysta etykieta pasuje tutaj idealnie. Usunąłbym jeszcze tekst na żółtym tle, bo jakoś tak się kłóci z całością. Piwo czarne, z delikatnymi refleksami brązowymi. Piana niska, dziurawa i szybko redukująca się.
Aromat jest... interesujący. Przypieczona skórka od chleba, ciemny karmel i przeważająca momentami paloność. Po lekkim ogrzaniu wychodzi czekolada, delikatnie gorzkawa. Fajne to i wyraźne. Jakby jakaś śliweczka lub/i rodzynki weszły, to by był majstersztyk.
Na początku myślałem, że jakieś to średnio sycące, ale po chwili przypomniałem sobie, że to przecież "tylko" 22° ekstraktu. Wysycenie średnie, znośne jak na porter. Przyjemne w ustach, bardziej po tej gorzkiej stronie. Fajne palone słody, czekolada, suche kakao i słodkie zacięcie karmelowe. Te ostatnie na wzór karmelków (tych ciągutek). Goryczka niska, lekko palona. Finisz to zaskakująca kawa, wyraźna, ale też delikatna na swój sposób. W tle kakao, przyjemnie zalegające krótko. Alkoholu nie czuć. No chyba, że weźmiecie pod uwagę wewnętrzne ogrzanie. Podsumowując: cholernie smaczny porter, nie ma co.
----------
Styl: Porter Bałtycki
Alk: 9,5%
Ekstrakt: 22%
IBU: 2/5
Skład: słód (wiedeński, pilzneński, monachijski jasny, monachijski ciemny, wędzony, czekoladowy, owsiany), chmiel Kazbek, drożdże W-34/70.
Do spożycia: b/d
Życie bywa zabawne czasami. Zamówiłem sobie to piwo ze sklepu internetowego. Za własne, jakże ciężko zarobione złotówki. Minął dzień i pod moimi drzwiami pojawiła się paczka od Piwojada z wersją leżakowaną w beczkach. Zostawimy sobie ją na później.
Dzisiaj obczaimy potrójną podstawkę. Oryginał macie tutaj, nie będę ukrywał, że zachwycił mnie te parę lat temu. Nawet napisałem wtedy, że wersja imperialna wyrwałaby z butów... czy tak będzie? Sprawdźmy.
Etykieta cholernie specyficzna i zarazem wybitna. Tekstura papieru, grafika, minimalizm. No lepiej tego nie mogli zrobić. Trzeba też nadmienić, że dedykowane szkło jest przecudne (jak zwykle u nich). Tak się robi szklany marketing drogie browary, a nie chlaś plaś logo na dildo glass i po robocie. Piwo jest czorne jak wyngiel i wygląda na dość gęste. Piany mało. Znika też w zastraszającym tempie. Przy takim wolumenie można, a nawet trzeba jej wybaczyć.
I już na wstępie zaczynają się problemy. Aromat prosty, ale przyjemny. Ot takie zwyczajne-niezwyczajne połączenie kakao i kawy z delikatnym alkoholem w tle. Niestety jest go tyle, co kot napłakał. Człowiek patrzy na te parametry i spodziewa się czegoś mocniejszego jednak...
Jebs! Prosto w mordę za herezje dostałem. Aż mną wstrzęsło. Tak gęstego piwa nie piłem już... parę niedziel co najmniej. Zostawia nawet widoczny ślad na szkle, tak grubaśne jest. Wysycenie niskie, dobrze wpasowane w ciałko. Nie no nie mogę przestać się dziwić temu, jak to się przykleja do wszystkiego, łącznie z przełykiem. Smakowo bardziej po tej wytrawnej stronie, ale słodyczy też momentami nie brakuje. Jest kakao, potem kawa i mus czekoladowy. Dalej słodycz, raczej od laktozy i alkohol, na szczęście przyjemny i rozgrzewający. Dziwne, bo ma takie trochę waniliowe zacięcie, jakby z jakiejś beczki był czy cuś (a to przecież jest zwykła wersja tego piwa). Goryczka? Proszę Was. Coś tam jest gdzieś hen daleko, ale nie o nią w tym piwie chodzi. Finisz palony z kawą zbożową i delikatnymi orzechowymi nutami. I znowu alkohol jakże przyjemnie rozgrzewający. Dobre, nawet bardzo. Przez ilość procentów jednak skojarzenia z muffinkami zanikają niestety. W sumie z ciekawości wrzuciłbym na leżak, aby zobaczyć co się stanie. Tylko muszę gdzieś dorwać kolejną butelkę...
----------
Styl: Imperial Stout
Alk: 10,8% Obj.
Ekstrakt: 30° Plato
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, żytni, palony), płatki owsiane, laktoza, prażone ziarna kakaowca, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 08.03.2024
















