Śledź mnie na:

Miło jest patrzeć na sukcesy naszych browarów rzemieślniczych. Nie, nie chodzi mi o nagrody w różnorakich konkursach. Wszyscy wiemy, że medale to nawet Tyskie wykupuje... ups, przepraszam. Dostaje. Chodzi mi o sukces, do którego dąży, chyba, każdy: warzenie na swoim. Do tego zacnego grona dołączył jakiś czas temu AleBrowar.

Panowie mieli niedawno oficjalne otwarcie w Lęborku i patrząc na zdjęcia muszę przyznać, że ładnie się ich browar prezentuje. Dlatego będąc ostatnio w większym mieście zakupiłem ich dziewicze piwo, uwarzone w kooperacji z greckim Σολο. 



Przyczepię się, bo mam taką naturę. Etykieciarka w nowym miejscu musi przejść mały przegląd, bo papier jest bardzo niechlujnie naklejony. Każda butelka w sklepie tak wyglądała (około 10szt). Inna sprawa, że sam papier wydaje się być gorszej jakości. Szkoda też, że chłopaki nie pokusili się o kolejną postać do swojej kolekcji. Przecież nazwa piwa sama się prosi o personę obok której Kopyr na pewno nie przeszedłby obojętnie (pamiętacie aferę z Monkiem?). Piwo za to prezentuje się przepięknie w shakerze. Ma ładny brązowy kolor, średnio zmętniony. Do tego niska, ale zbita i trwała piana, która w dodatku ładnie lepi się do ścianki szkła. 


Tak wiem, shaker ma tyle wspólnego ze szkłem degustacyjnym co ja z baletem, ale nie zmienia to faktu, że aromat jest naprawdę słaby. W sensie, że ledwo wyczuwalny. Trochę szkoda, bo profil słodowy tego piwa wydaję się być naprawdę ciekawy. Orzechy, prażynki i średnio intensywny karmel. Do tego bardzo delikatne muśnięcie gorzkiej czekolady. 

Na pierwszy rzut oka piwo wydaje się być gęste i sycące. Po skończeniu butelki stwierdziłem jednak, że zapychające to ono nie jest o dziwo. Spokojnie bym się napił kolejnego. Na pewno pomaga też średnie wysycenie, które nie przeszkadza zbytnio. Jeżeli miałbym ten dziewiczy wypust z Lęborka nazwać jednym słowem to do głowy przychodzi mi tylko... drapieżnik. Przyciąga ofiarę delikatną słodową słodyczą na samym początku tylko po to, aby zaatakować czekoladowo-prażonym miksem, który ciągnie się już do końca. Gdzieś w oddali czuć też karmel i lekkie cytrusy. Nie ma jednak czasu na zastanowienie się jakie to owoce, bo do ataku wkracza mocna i lekko zalegająca goryczka o dziwnym, popiołowo-grapefruitowym profilu. Resztki z ogniska pozostają na finiszu łącząc siły z gorzką czekoladą. Po ogrzaniu wychodzi też żywica. Alkohol ukryty mistrzowsko. Przyznam się szczerze, że trochę dziwne to piwo. Drapieżne, może trochę jednowymiarowe (prażynka/popiół za bardzo dominują według mnie), ale nie wydaje się być wadliwe. Na pewno znajdzie swoich sympatyków. No i jakoś pasuje mi ta cała zadziorność do AleBrowaru. 

----------

Styl: Imperial Brown Ale
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, munich typ II, caramunich III, caraaroma, cara special typ III, chocolate, melaidin, wheat, acidulated), chmiel (Chinook, Simcoe, Willamette, Columbus), drożdże US-05.
Do spożycia: 24.09.2017


Przyglądając się rynkowi piw rzemieślniczych łatwo można zauważyć, że sesyjne odmiany IPA, APA itp. stały się cholernie popularne na całym świecie. Dało mi to trochę do myślenia... no bo czym tak naprawdę jest "session [tutaj wklej swój ulubiony styl piwa]"? Na chłopski rozum jest to lżejsza odmiana danego stylu, ale wszyscy wiemy jak się kończy takie rozumowanie... Pamiętacie ból dupy o pojęcie "pijalności" piwa? No właśnie.

Wpisując w Google nazwę stylu znalazłem zabawny artykuł, którego tytuł idealnie pasuje do sytuacji: What the hell is a Session IPA? W skrócie: lekkie, SESYJNE piwo do 4% alkoholu (według purystów, normalnie to bardziej do 5%). Popijane głównie przez pracowników fizycznych podczas przerw, stąd niższa niż zazwyczaj ilość alkoholu. Dla mnie osobiście najważniejsza będzie lekkość trunku i po części orzeźwienie. 


Na etykiecie tytułowa bandyciara (słowotwórstwo level podstawówka) czyli Belle Starr, Królowa Bandytów z czasów dzikiego zachodu. Zdziwiło mnie trochę, że browar wybrał zdjęcie z uśmiechniętą Belle, ale co mi do tego. Piwo ma kolor miedziany i jest lekko przymglone. Piana niska i niestety szybko zanika. Na szczęście pozostawia średniej wielkości lacing na ściankach. 


Oho, aromacik bardzo przyjemny trzeba przyznać. Spodziewałem się czegoś gryzącego i zadziornego (pewnie przez nazwę piwa) a dostałem wyraźnie cytrusowe zapaszki. Pomarańcza, pomelo te klimaty. Trochę szybko zanika, no ale nic z tym nie zrobimy przecie. Ważne, że wad nie ma.

Łykłem sobie porządnie, w końcu to miało być sesyjne piwo. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu trochę morda mi się wykrzywiła. Nie zrozumcie mnie źle, całość jest dość lekka i Belle pije się szybko, mimo mocnego wysycenia (za mocnego jak dla mnie). Sęk w tym, że jest też dość wytrawne. Ale czy to na pewno taki wielki problem? Od początku atakują nas cytrusy, głównie grapefruit i pomelo. W oddali mamrocze jakaś karmelowo-słodowa podbudowa, ale czuć wyraźnie, że nie daje rady. Już nie mówię tu o dorównaniu mocą chmielowej części, a bardziej o podjęciu jakiejkolwiek walki. Goryczka wyraźna, ale kłująca trochę. Wyraźne albedo, w dodatku to mocniejsze, od pomelo. Do tego momentu można było uważać te "walory" za pewnego rodzaju orzeźwiający fetysz, jak dla mnie pasujący do karkóweczki z grilla. Niestety finisz psuje odbiór całości, jest taki jakiś... drętwy, łodygowy i niepotrzebne zalegający. Na pewno jest to piwo "do wypicia", ale większość craftopijców w naszym kraju zacznie narzekać zamiast spokojnie je wypić do grilla. 

----------

Styl: Session American Pale Ale
Alk: 4,7%
Ekstrakt: 12,1%
IBU: 35
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, carahell, carabelge), chmiel (Centennial, Citra, Chinook, Equinox, Mosaic), drożdże US-05.
Do spożycia: 28.12.2017


Nawet nie wiem kiedy ten kwiecień przeleciał... Trochę choroby, dwa wesela, praca w korpo i człowiek nie wie gdzie ręce włożyć. Piw też zaskakująco mało wypiłem, aczkolwiek mam parę w kopiach roboczych. Dlatego koniec z tym, trzeba znowu ożywić bloga.

Zaczniemy sobie od specyficznego superbohatera ze stajni Birbanta. Niby reprezentuję zamuloną vermont IPA... ale chłopaki nie byliby sobą gdyby nie spróbowali czegoś nowego. Do warzenia użyli pudru lupulinowego (taki wymrażany proszek z chmielu). Czy mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko z oczywistym chwytem marketingowym? Sprawdźmy.



Sylwetki postaci na etykietach birbantowych to jeden z lepszych pomysłów graficznych jeżeli chodzi o nasz piwny rynek. Widać, że agencja FLOV ma uzdolnionych grafików, bo nawet ich wzory eventowe (np. przy okazji PiS & Love) dają radę. Dlatego dziwi mnie to, że etykieta do pierwszego piwa z mojego miejskiego browaru jest taka prosta... Ale o tym w innym wpisie może. Wracając do dzisiejszego bohatera... w szkle wygląda wyśmienicie, to mu trzeba przyznać. Złoty kolor, lekko przyciemniony i dość mocno (ale też równo) zmętniony. Na pewno nie tak jak wcześniej wypite przeze mnie piwa reprezentujące ten styl. Śnieżnobiała, wysoka piana zanika w średnim tempie i mimo średniej wielkości pęcherzy bardzo ładnie się prezentuje. Lacing jest zabójczy, ślicznie oblepia ścianki.


Nie wiedzieć czemu aromat Powder Mana wydaje mi się być jakiś taki... ciepły. W sensie przytulny, kojarzący się z ogniskiem w kominku. Dziwne, przecież to piwo jasne i to w dodatku IPA. Pomijając ten fakt można stwierdzić, że jest tak jak być powinno. Na pierwszym planie wyraźne tropiki, bardziej miks niż jakiś szczególny owoc. Do tego trochę nafty w tle, która fajnie się wpasowała w resztę. Całość nie jest jakaś wybuchowa jeżeli chodzi o intensywność, ale za to utrzymuje się praktycznie do końca.

No no, nie będzie to lekki vermoncik. Już na samym początku czuć ciałko, które zdaje się być ciut za wysokie jak na IPA, ale zarazem idealnie odzwierciedlające wygląd tego piwa. Wysokie nagazowanie dodaje trochę rześkości i dzięki temu Powder Mana piję się całkiem przyjemnie, chociaż nie wiem czy bym dał radę wypić więcej niż dwa przy jednym posiedzeniu. Smakowo za to jest bardzo proper. Mamy moc cytrusów wymieszaną z tropikami. Liczi, mango, melon, pomarańcze... jakaś limonka też się znajdzie. To wszystko pokryte bardzo delikatną posypką ziołową na fajnej podbudowie pszenicznej. Goryczka wyraźna, ale punktowa z takim posmakiem albedo grapefruita. Fajnie wprowadza w dość wytrawny finisz (w sumie to całość leży bardziej po tej wytrawnej stronie). Tutaj już tylko kwaskowate cytrusy (głównie grapefruit) i żywica. Gdzieś w oddali trawiaste nuty się nawet pojawiają. No i co? Całkiem przyjemna IPA panom z Birbanta wyszła. Trochę nie do końca wiem co miały te zmrożone chmiele w proszku dodać, ale kto by się tym przejmował?

----------

Styl: Vermont Cryo IPA
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 15,5°
IBU: 25
Skład: słód (pale ale, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Simcoe, Zeus, Cita Cryo, Simcoe Cryo), drożdże S-04.
Do spożycia: 23.12.2017


Pani kierowniczko, jak jest zima to musi być zimno! chciałoby się rzec po tych świętach... Tyle tylko, że mamy połowę kwietnia a tu śnieg pada za oknem. Nic straconego, przynajmniej ochota znowu człowieka naszła na jakieś cięższe piwo, w tym przypadku będzie to kooperacyjny porter bałtycki.

I to nie z byle jakiej kooperacji, mówimy tutaj o połączeniu sił aż czterech browarów, trzech polskich i jednego duńskiego. W dodatku do warzenia została użyta lukrecja, która pomaga w leczeniu wielu schorzeń. Nie wiem czy w postaci piwnej zachowuje ona te same właściwości, ale kto by to sprawdzał?  


Browar w Gdynii pakuje swoje piwa w całkiem ładnie prezentujące się butelki. Pomijam już fakt zamknięcia, chodzi mi bardziej o szerokość tego półlitrowego szkła. Etykieta, mimo że z fajną grafiką, wydrukowana jest na słabej jakości papierze. Nic straconego, bo sam trunek ładnie wygląda w szkle. Piwo wydaje się być dość klarowne i czarne, z widocznymi brązowymi refleksami. Piana wysoka, po części dziurawa, ale utrzymująca się. Całkiem ładnie oblepia też ścianki szkła.


Wszystko byłoby okej gdyby nie jeden mankament... gotowany kalafiorek. Skubany pojawia się i znika w aromacie uprzykrzając trochę całościowy odbiór piwa. Na szczęście nie jest dominujący i na pierwszym planie pozostaje czekolada, trochę paloności i specyficzna słodycz karmelowa połączoną z lukrecją. 

Bałem się, że piwo będzie wysycone do granic możliwości, bo korek (wraz z odrobiną piany) wystrzelił jak z armaty. Okazało się jednak, że nagazowanie jest wręcz na idealnym, średnim poziomie. Dzięki temu piwo pozostaje grubaśne w odczuciu i muszę przyznać, że jest się w co wgryźć. W smaku za to jest... dziwnie. Mam podobny problem co przy piwotekowym Double Trouble. No bo z jednej strony mamy gorzkawą czekoladę (taką lekko podpalaną) a z drugiej drapiącą słodycz (definitywnie karmel i lukrecja). W to wszystko wchodzą jeszcze ciemne owoce (głównie likierowa wiśnia), które robią za umowny łącznik pomiędzy słodyczą a wytrawnością. Na moje oko to drugie wygrywa nieznacznie. Jedno jest pewne, lepiej się to dogaduje ze sobą niż we wcześniej wymienionym imperialnym stoucie. Zadziwiająco mocna jest też goryczka o lekko palonym profilu. Na szczęście jest krótka i szybko wprowadza w finisz, gdzie w końcu pojawia się sól morska. Delikatna, bardziej odczuwalna na koniuszkach warg, ale zawsze. Tutaj też słodycz traci na sile a w jej miejscu pojawia się rozgrzewający alkohol. Bardzo dziwny i zarazem zadziwiająco drapieżny porter muszę przyznać. Na pewno ma duży potencjał na leżak według mnie.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, monachijski II, caramunich, carafa II, chocolate wheat, special B), chmiel (Marynka, Lubelski), lukrecja, sól morska, drożdże.
Do spożycia: 30.05.2017


Stary się robię... albo alkohol mi zbrzydł. Byłem ostatnio u kumpla na weekendzie kawalerskich i jakoś tak za bardzo nie miałem ochoty na "ostre męskie chlanie bez umiaru"... Co prawda w pierwszy dzień alkohol wysokoprocentowy wylądował nie raz w moim przełyku, ale później już nie. Na typowego korpolagera też nie miałem ochoty... Boże, ja naprawdę staję się craftowym snobem

I to nawet w bardzo prostych stylach muszę dodać. Spalając wczoraj kalorie zdobyte poprzez wszamanie czarnego jak węgiel mięsiwa z grilla (i zapewne przepysznie rakotwórczego) zabrałem ze sobą na szybki łyk pilsa od Trzech Kumpli. Od razu, po pierwszym łyku, byłem przekonany, że nie ma sensu kupować koncerniaków nawet do tak prostych czynności jakim np. jest spontaniczny grill na działce. Wcześniej nie byłem tego taki pewien, głównie przez to zadupie craftowe, w którym mieszkam. To teraz będę abstynentem, jeśli nie uda mi się kupić craftowego pilsa do karkóweczki? Boże drogi...


Etykieta w trochę innym kształcie niż zazwyczaj. Co do samej grafiki, prostsza już chyba nie mogła być. Mamy zboże, co mnie trochę zdziwiło, wielką nazwę stylu i logo browaru.  Mi osobiście pils się bardziej z chmielem kojarzy, albo miksem jednego i drugiego. Piwo za to bez zarzutu. Ma piękny złocisty kolor i jest delikatnie zamglone przez podróż w plecaku. Piana bielutka i zbita. Może nie jest za wysoka, ale za to utrzymująca się i ładnie zdobiąca ścianki.


Aromat walczył dzielnie z wiatrem, który się akurat rozszalał na polu. Musiał być intensywny, bo nie miałem problemu z dobiciem się do zapaszków. Oczywiście było słodowo, ale nie za słodko. Momentami całość przypominało bardziej jakąś pszenicę z takim owsianym zacięciem. Do tego wyraźny chmiel w postaci ziołowej. Pod koniec doczłapała się też skórka od chleba. Bardzo fajne i już na starcie orzeźwiające.

To jednak dopiero po przełknięciu pierwszego łyku człowiek uświadamia sobie piękno prostoty tego stylu. Lekkie jak na ekstrakt przystało i orzeźwiające, ze średnim do wysokiego nagazowaniem. Słodowe, a nawet bardziej zbożowe, jak w jakiejś lekkiej pszenicy. Do tego chlebek, aż mi się świeże pieczywo prosto z piekarni przypomniało. Całość nie jest też za słodka jak prawie 90% pilsów w naszym kraju. Do tego dobrze dobrana ziołowość, kojarząca mi się z lasem zaraz po ulewie. Chmielowa goryczka pojawia się w idealnym momencie i orzeźwia jeszcze bardziej swoim ziołowym profilem. Jest krótka, nie zalega i idealnie wprowadza w finisz, który trochę przypomina chleb razowy. Chociaż nie, czekajcie... To bardziej smakuje jak przyprawa korzenna. Wychodzi na to, że Trzem Kumplom udało się połączyć pilsa czeskiego (korzenność) z niemieckim (ziołowość). W dodatku nie ma w tym ani trochę diacetylu (masełko) a samo piwo jest wręcz idealnie chrupkie, tak jak na ten styl przystało. Muszę przyznać, że prawdopodobnie wyląduje ono w moim top 3  jeżeli chodzi o ten styl.

----------

Styl: Pils
Alk: 4,4%
Ekstrakt: 10,5%
IBU: 20
Skład: słody jęczmienne, chmiel (Saaz, Hallertau Mittelfrüh), drożdże.
Do spożycia: 22.08.2017


"W poszukiwaniu prawdziwego pilsa" - epizod 29913. Patrząc na ilość pilsów na blogu można odnieść wrażenie, że wogóle ich nie pijam. Nic bardziej mylnego. Praktycznie przy każdej okazji do mojego koszyka w sklepie trafia jakiś nachmielony lager. Problem w tym, że rzadko kiedy trafia się coś godnego uwagi.

Nie ma się też co oszukiwać, tak prosty i elastyczny styl jest olewany przez większość polskich rzemieślników. Szkoda, według mnie każdy browar powinien mieć go w swojej stałem ofercie. Dzisiejsze piwo dostałem od browaru Ignis (kolejny, o którym nie miałem pojęcia...) poprzez... paczkomaty. O dziwo w nienaruszonym stanie i na drugi dzień (sobota). 


Jeżeli dobrze rozumiem to nazwy poszczególnych piw z browaru zostały zapożyczone od małych miejscowości porozrzucanych po naszym kraju. Z daleka sam design wygląda dość chaotycznie, ale jak tak się przyjrzeć bardziej to nawet to ładnie i swojsko wygląda. Trochę mi te paski żółte przeszkadzają jednak. Piwo za to prezentuje się przepięknie. Ma lekko przyciemniony złoty kolor i wysoką śnieżnobiałą pianę. Może i wygląda na mętne, ale praktycznie nie odstało swojego po podróży. Piana zbita i utrzymująca się na poziomie jednego palca praktycznie do końca picia.


Tak prostego i zarazem wyraźnego aromatu powinien się spodziewać każdy miłośnik pilsów (w tym ja). Mamy czystą podbudowę słodową, słodkawą oczywiście, ale też bardzo wyraźne chmiele. W tym przypadku przypominające zioła i mokrą trawę o poranku. Dobrze zbalansowane i utrzymujące się zapaszki trzeba przyznać.

W smaku od razu da się wyczuć lekkość i orzeźwienie. "Tak, to będzie dobry pils" zdaje się myśleć mój wyrafinowany alkoholizm. Wysokie nagazowanie (ale bez przesadyzmów) i taka "chrupkość" ciała połączona z sesyjnością daje nam orzeźwienie na poziomie grodziskiego. Smakowo mamy powtórkę z aromatu. Znowu czysta słodowa słodycz kontrowana szlachetnymi chmielami. Goryczka na idealnym poziomie, nie za mocna, ale też nie za słaba. Nie zalega i idealnie wprowadza w finisz, który, tutaj zdziwienie, jest dość wytrawny. Zioła, trawa i... kora drzewna. Takie dziwne skojarzenia podaje mi mózg. Podsumowując bardzo przyjemny pilsik. Niestety nie będzie to mistyczny dobry pils za 3zł, bo tyle ten twór z browaru Ignis na pewno nie kosztuje w sklepie. Szczerze mówiąc jakoś mi to nie przeszkadza i z chęcią trzymałbym niewielki zapasik Małej Cichej w lodówce na "przypadkowego grilla".

----------

Styl: Pils
Alk: 4,3% Obj.
Ekstrakt: 11,8°
IBU: 50
Skład: słód (pilzneński, monachijski, carahell), chmiel (Saaz, Hallertau Mittelfruh), drożdże Saflager w34/7.
Do spożycia: 09.06.2017


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com