Śledź mnie na:

Raz do roku bardzo spokojne miasteczko (które tak na marginesie walczy o miano uzdrowiska) zamienia się w ryczące siedlisko chromowanych tłumików i betonu ociekającego gumą. Tak, mowa tu o jednym z moich ulubionych miejsc w województwie Lubuskim czyli Łagowie. Usytuowany pomiędzy dwoma jeziorami z kanałem łączącym pośrodku miejscowości jest kwintesencją spokoju, szczególnie poza sezonem. Czy wspomniałem, że mają tam też zamek Joannitów?

Coraz więcej browarów postanawia zwiększyć rzeszę odbiorców poprzez sposoby coraz mniej związane z samym piwem a bardziej poprzez chwytliwe akcje marketingowe. I tak na naszym rynku pojawiło się ostatnio parę piw sygnowanych logiem i nazwą zespołów dość rozpoznawalnych (ale może niekoniecznie lubianych) nie tylko na naszym rynku: Big Cyc, Oberschlesien i oczywiście Behemoth, który dorobił się już dwóch styli.

Dzisiaj ocenimy sobie tę ciemniejszą wersję i to z paru powodów. Po pierwsze primo do zespołu, jakby nie patrzeć, pasują wszelakie ciemne style piwne, tak samo zresztą jak do Dody pasują różowe paznokcie. Po drugie primo wyczytałem w internetach że Sacrum, czyli belgijska IPA, jest dość delikatna i ni za cholerę nie pasuje do stylu muzyki którą Nergal z kolegami uprawia napędzając przy tym popyt na wodę święconą. Po trzecie primo, ultimo najprościej w świecie nie udało mi się zakupić świętego hehemonta.



Browar Perun zawsze miał u mnie dużego plusa za swoje etykiety, tak samo dzisiaj. Może i symbol na czarnym tle nie jest tak wektorowy jak zazwyczaj ale jest to w pełni wytłumaczalne. Behemockie bazgroły nie wyglądałyby dobrze w typowym, perunskim stylu. Piwo w szklanicy prezentuje się prawie że wyśmienicie. Jest czarne, jak węgiel. Ewentualnie jak myśli zagorzałych katolików doświadczających zabawy Nergala na scenie z pewną księgą. Zero prześwitów, tylko ciemność. Piana z początku wydawała się przyjemna ale w pewnym momencie zaczęła opadać w szybkim tempie. Prawie nic po sobie nie pozostawiła.


Jeżeli mam być szczery to… chyba nigdy w życiu nie wysłuchałem chociażby jednego, całego utworu Behemotha. Jakoś mnie do nich nie ciągnie, od młodego wolałem albo klasycznego rocka albo melodic (death) metal. Dzięki temu nie miałem jakichś szczególnie wygórowanych oczekiwań... aromat lekko mnie jednak zawiódł. Owszem był pełny cytrusów i tropików, w szczególności mango i liczi, ale osobiście uważam, że czarna IPA nie powinna być black tylko z wyglądu. Owszem pojawia się lekka paloność ale po tak oznakowanym piwie spodziewałem się chociażby muśnięcia przypalonym glanem w nos. Najgorsze jest to, że w miarę picia aromat robi się coraz słodszy, braku intensywności mu bowiem nie można zarzucić. W smaku na szczęście coś zaczyna się dziać, początek wygrywają bowiem cytrusy a nie tropiki. Te, lekko kwaskowate powoli przeradzają się w paloność (z naprawdę delikatnym dodatkiem gorzkiej czekolady) na dość średnim poziomie i tak aż do goryczki. Ta nie jest na pewno mocarna, powiedziałbym, że dość średnia jak na IPA. Ma żywiczny profil i według mnie dobrze współpracuje z ustępującą palonością i cytrusami w tle. Finisz to już dosłownie resztka popiołu, czasami wydawał mi się dość wodnisty nawet. Warto wspomnieć, że bardzo fajne odczucie w ustach pozostawia to piwo, wydaje się gęste, treściwe ale o jakimkolwiek zapchaniu nie może być mowy. Nagazowanie średnie, bardzo mi pasuje. Podsumowując, przyjemne i pijalne jest to Profanum, problem w tym, że przez jego ugrzecznienie zwolennicy Behemotha mogą chwycić za widły i pochodnie. Tak samo z resztą jak typowi hop headzi, dla których IPA powinna szarpać nie tylko podniebienie ale także mózg.


Grill do zadań specjalnych.

Jedziemy z kolejną degustacją we współpracy z piwnym sklepem internetowym Piwna Przystań. Jak już pisałem przy okazji Axe Rocks z Buxton jest to nowy sklep, który dopiero co zbiera klientów. Nie muszę Wam chyba tłumaczyć jak ważna dla wielu rodaków jest możliwość zamówienia sobie craftu nawet w najgorsze dziury gdzie Żubr panuje nieustannie? Potrzebujemy takich miejsc w internetach jak najwięcej.

Możecie być lekko zdezorientowani patrząc na półkę sklepową z nowym wypustem browaru rzemieślniczego Jan Olbracht. Problem głównie polega na tym, że ktoś postanowił stworzyć serię o nazwie „Piotrek z Bagien” a poszczególne piwa wyróżnić jedynie kolorem etykiety i dość małym tekstem na spodzie oznaczającym styl. O samej „marce” browar wypowiedział się w taki sposób, że ma ona iść z duchem rewolucji… co jednak oznacza owy Piotrek, który tak bardzo uwielbia bagna (w sumie ja też)? Cholera wie.



Co mamy na etykiecie? Bardzo dziwnego, tytułowego Piotrka, który mi osobiście przypomina po prostu dziwne połączenie bobra z dziobem jakiegoś ptaka... i to w dodatku stojącego na dwóch łapach/nogach. Tło to typowe bagienko, często takie mijam jadąc rowerem. Wiecie co jest jednak najdziwniejsze? Podoba mi się ta etykieta... nie umiem jednak wytłumaczyć dlaczego. Całość trochę przypomina plakat ze starych filmów amerykańskich typu grindhouse, może nawet jakiegoś horroru o stworze z bagien. Piwo w szklanicy takim potworem nie jest. Bardzo ładna piana, bielutka i puszysta jak obłoki na niebie. Trochę szybko się redukuje ale pozostawia sporych rozmiarów kożuch. Piotrkowy kolor nie bardzo mi się mieści w granicach grodzisza. Owszem jest tylko lekko mętne (zapewne gdyby nie plecak byłoby prawie że klarowne) ale jest dość ciemne, słomkowy kolor to to nie jest na pewno. 


Aromat jest bardzo fajny, rześki i wyraźny. Wędzonka pełną gębą i co najlepsze przypomina zapach oscypka. Nie jest to czysty "janosikowy ser" ale nie ma się co czepiać. Lekka szyneczka też jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Dodatkowo jest też lekka ziołowość, która dodaje rześkości całości. Oczywiście będą ludzie, którym tak intensywny zapaszek będzie przeszkadzał i w sumie ich trochę rozumiem. W końcu rzadko kto pamięta, żeby oryginalne grodziskie w ogóle wędzonością zalatywało. Craft jednak rządzi się swoimi prawami jak widać. Patrząc jak pies niszczy ogórki na działce zacząłem pić i... zdziwiłem się trochę. Piotrek okazał się delikatny w smaku czego w ogóle nie zapowiadał aromat. Średnio intensywna wędzonka, tym razem bardziej przypominająca dymione, dogasające drewno. Do tego bardzo nijaka słodowość, zamulająca w pewien sposób całe piwo. Nie ma tutaj nut pszenicznych, tak się zastanawiam po co ten słód pilzneński w zasypie. Goryczka na chwilę ratuje sytuacje bo może i nie jest wysoka (to dobrze w tym stylu) ale jest wyraźna i po prostu robi swoje. Profil ma trawiasto-glebowy i w pewnym stopniu budzi całość do życia. Niestety finisz jest pusty i w dodatku dość wodnisty. Wysycenie jest dość wysokie więc jak najbardziej w porządku, szkoda, że całość jest bardziej muląca niżeli orzeźwiająca. Mimo tego pije się, powiedzmy że okej. Na pewno trafi do większej rzeszy Januszy, którzy nie oczekują od piwa jakichś super duper doznań. Dla mnie... wydaje się po prostu tanie, nudne i na pewno nie orzeźwia.


Oj będzie ostro w tym wydaniu Brodacza Miesięcznego, lajki na fejsie spadną jak notowania złotego pod koniec miesiąca. Nie należę jednak do ludzi, którzy zmieniają swoje poglądy pod publikę (ekhem, politycy, ekhem) dlatego jedziemy z tym koksem. Na początek jednak coś lżejszego.

Jestem osobą, która lubi gdy rzeczy martwe działają jak powinny. Komputer zawsze składam sam, mogę śmiało napisać, że znam się na tym i wiem jak go schłodzić żeby nawet w taki upał nie mieć z nim problemów. Niestety... w sobotę zaczął się maraton resetów i zwiech. Jak coś co ma średnią temperaturę podzespołów w granicach 35'C może się samoczynnie resetować?

Zacząłem wyciągać i sprawdzać elementy ze środka, moim zdaniem głównym winowajcą były kości RAM. Co prawda jedna z nich miała jakieś minimalne problemy z obsługą danych ale problem pozostał nawet gdy wyeliminowałem wadliwą kość. Zaczął się mecz Polska vs USA a ja dalej nie znalazłem rozwiązania… olałem temat. Chwyciłem pierwsze piwo z półki i poszedłem przed TV. Dopiero w niedzielę okazało się, że prawdopodobnie nie była to wada sprzętu ale... softu. Chrome. Używam tej przeglądarki od samego początku i nigdy nie miałem z nią problemów. Google ostatnio zmieniło w niej parę rzeczy i z tego co widzę to ona była źródłem wszelakiego zła. Trochę szkoda... witaj Firefoxie.


Czemu ja o tym? To nie jedyna rzecz, która zawiodła mnie tego wieczoru... ale o tym za chwilę. Spójrzmy lepiej na nowe etykiety Piwoteki. Załoga zrezygnowała z wcześniejszych, dość tanich czasami pomysłów i postanowiła ujednolicić szablon. Trzeba przyznać, że wyszło im to fajnie. Krótkie teksty wmieszane w białe sylwetki przypadły mi do gustu, nie śmierdzą za bardzo typowymi (i zazwyczaj tandetnymi) "morskimi opowieściami". Niektórym jednak cały obrazek może się wydawać dość zagmatwany... mi się jednak podoba. Piwo ma kolor złota i jest prawie że klarowne. Ma dość duży problem z pianą, tworzy się cholernie niska i znika całkowicie po chwili.


Pierwszy niuch i jakoś się wybitnie ziołowo nie poczułem... Zacznijmy jednak od początku, intensywności tutaj brakuje tak samo jak brakowało chęci naszym siatkarzom w drugim meczu z USA (głównie przez dwa pierwsze sety). Najbardziej wyczuwalna szałwia (dodana z resztą przez browar) wspomagana dodatkowo przez lekki pieprz. Nic więcej... trochę szkoda, liczyłem na potężne ziołowe uderzenie. Żeby nie być jednostronnym muszę wspomnieć, że mimo daty przydatności do końca sierpnia nie jest ono pite "świeże" (chyba, że to druga warka o której nie wiedziałem). Aromat ziół mógł mocno się zredukować. W smaku jest o wiele bardziej wyraźne ale zacząłem się powoli zastanawiać czy to jednak duża zaleta (w tym momencie set dla Polski). Lekka słodowa słodycz wręcz przygnieciona przyprawami. Jest pieprzowo (według mnie nawet trochę za mocno jak na saison) i ziołowo (tutaj najbardziej wyczuwalny rozmaryn). Goryczka ledwo co wyczuwalna i bardzo krótka, nie ma siły się przebić przez to całe zielsko. Finisz wytrawny, tutaj znowu dominuje pieprz. Jak bardzo lubię belgijską przyprawowość w piwach tak tutaj nie bardzo mi się podoba. Przyprawy zjadły całą resztę smaków na śniadanie, nie dzieląc się z nikim w dodatku. Brakowało mi owoców (głównie cytrusów) czy choćby nawet lekkiej kwaskowatości. Mimo tego piwo jest pijalne, dobrze nagazowane i orzeźwiające... no chyba, że za bardzo się Wam ogrzeje, jak mi. Wtedy ta cała przyprawowość robi się po prostu mdła i człowiek się zwyczajnie męczy spijając je do końca. Podsumowując da się je wypić i to nawet z przyprowową przyjemnością (jeżeli jesteś szybki/a przy tej pogodzie) ale mam nieodparte wrażenie, że coś po prostu nie pykło podczas warzenia. Tak samo jak nie pykła nam przewaga w czwartym secie i przewaliliśmy go przegrywając cały mecz 1:3. Dobrze, że nie ma to znaczenia po piątkowej wygranej.


Odezwał się ostatnio do mnie właściciel nowego sklepu internetowego zajmującego się sprzedażą wysyłkową piwa rzemieślniczego. Jako, że dopiero co otworzył swój biznes chciał się jakoś wypromować, pomóc w tym miałem mu ja. Wychodzę z założenia, że im więcej internetowych sklepów piwnych tym lepiej. Dobrze wiecie, że to główne źródło craftu dla takich ludzi jak ja, mieszkających w totalnych zadupcach piwnych.


Piwna Przystań dopiero co otworzyła wrota ale z tego co widzę zapełnia się już powoli craftem nie tylko polskim ale i zagranicznym. Co przykuło moją uwagę to bardzo nowoczesny wygląd strony. Może i miałem małe zastrzeżenia co do szablonu ale całość jest jak najbardziej na propsie. W ramach współpracy wybrałem parę piw, które będziemy sobie degustować w najbliższym czasie. Pierwsze piwo (wybrane przez Was na facebooku) pochodzi z browaru, który wypuścił tak bardzo zachwalanego przez mnie stouta. Czy ich mix IPA z black IPA będzie równie wyśmienity?


Etykiety z Buxton należą (według mnie) do grona tych najładniejszych, wliczając wszystkie, które moje oczęta widziały. Nie są kontrowersyjne, nie są też dziełami sztuki malowanej palcami lewej stopy. Są po prostu cholernie dobrze zaprojektowane, jak minimalistyczne mieszkanie typu loft, które się każdemu z nas marzy. Wymiarowo bardzo dobrze pasują do małych butelek. Piwo nie odbiega swoim wyglądem i także zachwyca. Piękna czapa piany, drobnopęcherzykowa i wysoka. Trzyma się nader długo i pozostawia bardzo ładny lacing. Kolor to przyciemniony rubin, bardzo przyjemnie się prezentuje. Zmętnione ale wydaje mi się, że głównie przez podróż w plecaku. Wcześniej przez butelkę wydawało mi się dość klarowne z osadem na spodzie. Zaczarowało mnie to piwo, szczególnie w tym szkle. Magia teku działa.


W sumie to nie wiem do jakiej kategorii przypisać Axe Rocks. Jakby nie patrzeć IPA + Black IPA = Black IPA ale sam Buxton nazywa to połączenie „black and tan” które w skrócie oznacza po prostu mix jasnego piwa typu ale z ciemnym (powszechna praktyka na wyspach bodajże od siedemnastego wieku). Pierwszy niuch i jakoś nieszczególnie czułem się zachwycony. Zdawało mi się, że wyczuwam po prostu średnio intensywne tropiki, nic więcej. "Piana głupcze" - odezwał się mój wewnętrzny diabeł. Rzeczywiście, dawno nie degustowałem piwa, którego piana tak długo się utrzymywała, i to tak wysoka w dodatku. Szybki łyk, spora ilość białej czapy została na wąsach. Kolejny niuch i... jeeest. Wyraźny aromat cytrusów wraz z tropikami (mango, bodajże ananas, grapefruit). Gdy chciałem już się zapytać w myślach gdzie ten "black" jak na zawołanie pojawiła się żywica z dużą ilością ziemi, w dodatku podbite lekkimi palonymi słodami. Oho, będzie inne podejście do tematu widzę. Po lekkim ogrzaniu wychodzą też nuty iglaste. W smaku jest totalny pogrom i las zbliżający się do murów (kto odgadnie do czego to odniesienie?). Początek wydaje się trochę słodki (tropiki) lecz bardzo szybko władzę przejmuję żywica. Ta też nie ma lekko i staje się ofiarą potężnie intensywnej goryczki, która wraz z czarnoziemem klasy supreme zachwyciłaby nawet najbardziej przechmielonych piwoszy. Do tego dochodzą sosenki, ba, cały las sosen. Człowiek aż czuje igły w przełyku. Najlepsze jest jednak to, jak dobrze wszystkie te doznania współgrają ze sobą. Mój wewnętrzny masochista cieszy się niezmiernie. Goryczka w ogóle nie zalega a jej miejsce na finiszu przejmuje żywica z delikatną palonością. Wysycenie średnio do wysokiego, idealne wręcz. Treściwe ale broń Boże nie jest zapychające. Nie pokusiłbym się raczej o dokładkę, intensywność smaków jest tak wysoka. Piwo, którym należy się po prostu delektować. Bardzo dobry przykład na to, że czarna IPA nie musi być wyłącznie palona.

WWW

PS: po przeczytaniu paru recenzji na RateBeer zdziwiłem się mocno. Gdzie w tym ludzie wyczuli głównie wysoką paloność i cytrusy w smaku? Nie wiem, o wiele bardziej pasują mi moje, ziemiste doznania.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com