Gry komputerowe są dziecinne i tylko niedorozwinięci dorośli mogą w nie grać. Takie podejście do tematu gier i samych graczy ma bardzo duża część społeczeństwa w naszym kraju. Najśmieszniejsze jest jednak to, że ci sami ludzie siedzą przed telewizorami dzień w dzień oglądając najnowszy odcinek Klanu lub innego tałatajstwa podobnego do Mody na Sukces. Chyba nie muszę Wam tłumaczyć jak bardzo zacofane i egoistyczne jest takie podejście?
Drugie picie:
Jakiś czas temu Pinta wznowiła warzenie swojego Bière De Garde, zwanego też potocznie nieIPĄ. Tym razem zrobili podwójny powrót, na półkach sklepowych pojawiła się Ce n'est pas IPA Blonde i Ambrèe. Pierwsza to znana nam wszystkim wersja jasna, druga to bardziej napakowana (pod każdym względem) wersja bursztynowa. Obie czekały grzecznie w mojej piwnicy, szczerze nie pamiętałem nawet jak smakował oryginał dlatego nie bardzo ciągnęło mnie do spróbowania odnowionych warek warzonych już w Zarzeczu.
Drugie picie:
Obiecałem sobie, że już nigdy nie kupie wina w butelce po piwie. Niestety w sklepie nie mieli nic z rodziny porterowatych oprócz dubla z Primátora. No chyba, że człowiek wlicza ciemniaki czeskie do tej kategorii... ja chciałem się rozgrzać, szczególnie po pierwszym w tym sezonie skrobaniu szyby o poranku.
Pamiętacie akcje #jestemhopheadem reklamowaną praktycznie wszędzie gdzie się da przez AleBrowar? Najwidoczniej hashtagi mają dużą moc bo coraz więcej firm właśnie tak próbuje dotrzeć do potencjalnego klienta. Bardzo dobrze komponują się z dzisiejszym trendem spędzania czasu na twitterze czy instagramie, ba, nawet na facebooku od jakiegoś czasu. Dlaczego ja o tym? Ano dlatego, że powstał nowy #wpolscesiędymi mający na celu propagować wszelakie piwa wędzone. Podoba mnie się to, nawet bardziej niż przechmielanie każdego piwa do granic możliwości.
Długo nie trzeba było czekać na odpowiedź chyba najulubieńszego regionalnego browaru wielu piwoszy. Kolejna Podróż Kormorana zawitała do Bambergu w Bawarii. Przyznam się szczerzę, że gdy Kormoran wypuścił weizenbocka ponad rok temu omyłkowo przeczytałem właśnie rauchbock i w sumie dlatego zakupiłem butelkę. Jakaś taka dziwna autosugestia, wydawało mi się to normalne bo sam pszeniczny koźlak jest zazwyczaj... nudny. Przyszło mi czekać 14 miesięcy na wypicie tego lepszego (według mnie) stylu podkoźlakowego, tym razem już bez zwid na etykiecie.
Idealnym pretekstem do wypicia był brak chęci sprzątnięcia opadłych liści na działce. Pograbiłem dosłownie 15 minut i wmówiłem sobie, że przecie muszę wypić jeszcze piwo w spokoju i zrobić notatki a już zaczyna się ściemniać. Otworzyłem więc butelkę siedząc na wygodnym krzesełku typu plastik ogrodowy i pomyślałem o tych biednych blogerach wracających właśnie z Piwnego Blog Dayu w zapewne czystych i ciepłych wagonach PKP. Co do wyglądu butelki nie ma się co rozpisywać, etykieta znana z serii podróży, bardzo ładny nadruk i fajny, kredowopodobny papier. Piwo ma piękną barwę, coś pomiędzy rubinem a ciemną miedzią, leciuteńko opalizujące. Piana zbita, wysoka, trzyma się szkła mocno i nie puszcza przez długi czas. Problem jednak w tym, że dość szybko opada po całości zostawiając po sobie dziurawy kożuszek.
Naczytałem się znowu niepotrzebnie opinii innych. Że niby to już nie jest ta sama jakość co AIPA z tej serii. Że niby mdłe, że warzywa, że masło, że glony, że kury, że kaczki. Jak ja uwielbiam takie narzekania wbijać w ziemię, tym razem jednak może być... trudno. Jak przy pierwszym sztachnięciu aromat wydawał się intensywny tak przy kolejnych mocno się osłabił. Pod koniec już go praktycznie nie było. Wielka szkoda bo jest cholernie przyjemny i wydaje się taki... ciepły. Głównie skórka od chleba, aż można sobie wyobrazić moment wyciągnięcia bochenka z pieca. Jest też trochę karmelu ale głównego składnika, wędzonki, brak. Na upartego można też odnaleźć trochę suszonych owoców. Jak już się nie raz przekonaliśmy to nie zapach czyni piwo więc z dużą nadzieją i zaufaniem do Kormorana wziąłem pierwszy łyk, patrząc na resztę liści proszących o potraktowanie ich grabiami. Shieeet, piwo okazało się cholernie aksamitne a niskie wysycenie tylko potęguje to odczucie. Mamy tu trochę zbożowości, wędzonka też się pojawia. Przyjemna, nienachalna (ale wyrazista), szynkowa. Jest też karmel na średnim poziomie. Wszystko wydaje się zlepione w całość, rzadko kiedy widuje tak mocno zatarte granice pomiędzy poszczególnymi smakami. Nie jest jakoś szczególnie wypychające (broń Boże nie jest wodniste), pijalność na bardzo wysokim poziomie. Mam jednak nieodparte wrażenie jakby piwowar Kormorana bał się dorzucić trochę więcej do kotła. To piwo jest grzeczne, wręcz sesyjne i trochę leniwe. Można, a nawet trzeba się w nim zanurzyć i zapomnieć o świecie ale nie jest aż tak intensywne, żeby się nim zachwycić. Tylko w sumie, takie lenistwo mi teraz jak najbardziej odpowiada.
II warka pita 06.02.2015 jest nieco inna. Piana to porażka, szybko opada i przypomina trochę tą z Coca-Coli. Nie pozostawia też praktycznie żadnych śladów na szkle. Kolor piwa wydaje mi się też odrobinę jaśniejszy. W aromacie doszła upragniona wędzonka, szynkowa. Niestety tylko pierwszy niuch jest mocny i nadal trzeba się mocno nawąchać żeby coś poczuć później. W smaku dużo się nie zmieniło. Jedynie na finiszu doszedł taki lekko zalegający smaczek ni to wędzony ni to popiołowy. Jest też chyba odrobinę wyżej wysycone. Po ogrzaniu wędzonka przejmuje pałeczkę i dominuje nad innymi smakami.
Drugie picie (po leżakowaniu):
I znowu będzie, że mam za dużo czasu wolnego albo jestem masochistą ale jak powiedziałem tak zrobię. Gdy to piwo wchodziło na półki sklepowe kupiłem dwie butelki bo zaintrygował mnie napis na butelce: "piwo predestynowane do leżakowania". Niech sobie jedna leży pomyślałem, po wypiciu (tekst oryginalny niżej) stwierdziłem, że były to najgorsze wydane pięć złotych w moim życiu... tfu! Dziesięć!
Piękny rym mi wyszedł w tytule, temat jest jednak jak najbardziej poważny. Przez dłuższy czas olewałem to jak specjaliści z portalu beerlovers.pl nauczają zwykłego Kowalskiego o tym, czym jest piwo. Było tego trochę, oczywiście zaczynając od pewnego rodzaju uwielbienia dla produktów KP (do której należy owy portal), w tym beznadziejnego Książęcego Chlebowo Miodowego. Potem mieliśmy prześmiewczy ton w stronę browarów rzemieślniczych i blogerów/piwoszy. Tutaj jednak nie mam do nich pretensji, w końcu my to samo robimy jeżeli chodzi o koncerny. Ich najnowszy artykuł wywołał jednak burze w środowisku ogarniętych piwoszy. Dlaczego? Ano czytajcie dalej.










